Dla Kariny
Poprzednim razem: Superman uratował członków wyprawy na Słońce, ale przyjął śmiertelną dawkę promieniowania. Wiedząc, że jego czas jest ograniczony, wyjawił Lois prawdę o swojej podwójnej tożsamości.
I just don’t believe you, Superman
Srebrna Era była dla komiksu dziwnym czasem. Po publikacji książki Fredrica Werthama pt. Seduction of the Innocent, w której zarzucał on komiksom szeroko rozumianą deprawację młodzieży, branża ustanowiła Comics Code Authority, regulujący, co w komiksach można pokazywać, a czego nie. Skrępowane zakazami fabuły komiksów odpłynęły w klimaty science fantasy i ogólnej psychodeli. A Superman, cóż.
Superman stał się bucem, który kłamie i oszukuje Lois, byle tylko jej się wywinąć – ona zaś (żeby oddać mu po części sprawiedliwość) ze stanowczej reporterki przemieniła się w jędzę myślącą tylko o tym, jak zaciągnąć go przed ołtarz. Emblematyczna jest pod tym względem historia przytoczona przez Morrisona w jego książce Supergods: Superman zgadza się poślubić Lois, ale tylko jeśli spotkają się o określonej godzinie przed kościołem, a kiedy tej udaje się dotrzeć na miejsce, używa swoich supermocy, by zamknąć ją w samochodzie i w ten sposób doprowadzić do porażki. Do tego dochodziło oczywiście wieczne ukrywanie swojej podwójnej tożsamości i niezliczone wybiegi, by tylko Lois nie dowiedziała się, że Clark Kent i Superman to jedna i ta sama osoba.

Superman wreszcie zdobywa się na szczerość, ale na tym etapie zdaje się ona przynosić więcej złego niż dobrego: jak (słusznie) wytyka Lois w scenie uroczystej urodzinowej kolacji, jego wyznanie stanowi tylko dowód na to, że nie jest godny zaufania. Trzeba tutaj odnotować wprawdzie fakt, że Lois znajduje się pod wpływem chemikaliów wywołujących paranoję i w związku z tym jej tok myślenia jest nieco zaburzony – ale jednocześnie akcja poprowadzona jest w niezwykle autentyczny sposób: spokojna rozmowa na początku komiksu, potem długo, długo nic, kiedy resentyment bulgocze pod powierzchnią, wreszcie eksplozja, której skutki w tym akurat przypadku są odwracalne (to w końcu fundamentalnie optymistyczny komiks o Supermanie), ale w życiu byłyby pewnie przez parę odczuwane jeszcze długo.
(Doskonałym posunięciem jest także wplecenie w akcję motywu zakazanego pokoju, do którego Lois nie wolno wejść – choć okazuje się koniec końców, że Superman przygotowuje tam urodzinową niespodziankę dla ukochanej, to gdzieś w podtekście przywołana zostaje baśń o Sinobrodym, a wraz z nią mroczniejsze i, niestety, zupełnie realne aspekty sytuacji, w których partner kobiety okazuje się innym człowiekiem, niż się wydawało.)
Mamy więc ubraną w kostium superbohaterski relationship dramę o zaufaniu i szczerości w związku. Nie przyjrzeliśmy się jednak jeszcze powodom, dla których Superman tak długo taił przed Lois prawdę o swojej tożsamości. Twierdzi oczywiście, że to po to, by ją chronić, ale umówmy się: ta wymówka nie ma żadnego sensu i zwyczajnie nie działa. Prawda kryje się gdzie indziej.
When you spend all day saving the world... you need somewhere quiet to relax
Morrison w Supergods (świetnej podpórce, jeśli chodzi o założenia stojące za jego twórczością) pisze:
Lęk Supermana przed zaangażowaniem był istotną, być może dominującą cechą jego przygód w Srebrnej Erze. Tak jakby cały poddany sublimacji resentyment mężczyzn z lat 50., którzy powrócili z wojennej podniety do monotonnej pracy na etat i kiczowatych domków na przedmieściach, pienił się między okładkami. (s. 67)
Nie dodaje, choć mógłby, że ten resentyment widać także dziś, choć nieco inaczej motywowany; proces przemian społecznych ciągle trwa, kobiety pełnią coraz więcej ról i zmieniają się ich oczekiwania w stosunku do partnerów: często chcą na przykład równego podziału obowiązków, co mężczyźni odbierają jako zamach na wolność, którą cieszyli się do tej pory. Stąd fantazje w stylu Dona Drapera, stąd cudownie niedorzeczny ruch Men Going Their Own Way, którego uczestnicy zabierają swoje zabawki z piaskownicy i w ogóle nie chcą mieć do czynienia z kobietami, stąd przemęczony na wszystkie strony sitcomowy stereotyp Marudnej Żony, bezustannie zawracającej głowę mężowi pragnącemu tylko odrobiny spokoju ; stereotyp, który tylko wychodząc poza męską perspektywę można rozpoznać jako to, czym jest w istocie: kolektywny jungowski Cień gromady wiecznych Piotrusiów Panów marzących o mamie, która wszystko za nich zrobi.
(Jeśli zabrzmiało to ostro i jakiś mężczyzna poczuł się urażony, przepraszam. Ale sam byłem takim zagubionym chłopcem, czasem nadal nim bywam, i wiem, że im szybciej się człowiek pozbędzie tej tendencji, tym lepiej.)
Podobne źródła ma także koncepcja mancave: wydzielonej przestrzeni, w której mężczyzna może być sobą i zachowywać się jak chce (czyli nie stosować się do kobiecych reguł obowiązujących w reszcie domu, bo przecież dom to strefa żeńska, co z tego, że najczęściej stanowi ona dla kobiet jeszcze jedno miejsca pracy). I myślę, że w ten właśnie sposób należy czytać tę historię, w której Lois prawdopodobnie po raz pierwszy odwiedza Supermana w jego Fortecy Samotności – już sama nazwa pozwala ją zidentyfikować jako (Super)mancave, prawda? – Superman przestaje się bać dzielenia swojej przestrzeni z kobietą.
Bo i czego się bać? Tego, że raz na jakiś czas trzeba będzie posprzątać?
There are things in here that can hurt even me
Wizytę Lois w Fortecy Samotności można odczytać w jeszcze jeden sposób: jako wyzbycie się przez Supermana lęku przed tym, co się stanie, gdy Lois pozna go w pełni. Wyjawienie swojej podwójnej tożsamości to krok pierwszy. Kolejnym jest odsłonięcie swojego wnętrza, rozumianego zarówno jako fizyczna przestrzeń, jak i bardziej metaforycznie. Lois może się przekonać, gdzie Superman mieszka, czym się zajmuje w czasie wolnym – a także co może go zranić.

Trzeba nadludzkiego wysiłku, by przetrwać taki strzał, i mnóstwa dobrej woli (Woli?). Na szczęście mówimy o Supermanie – nowym, lepszym, naładowanym słoneczną energią. Odpornym na działanie kryptonitu, bo wyzbytym już lęków, zdystansowanym wobec dawnego siebie.
Cała historia opowiedziana w tym zeszycie, począwszy od klucza do Fortecy, którego użyć może tylko Superman, mówi więc także o dzieleniu się sobą z innymi. Tak, to groźne: wpuścić kogoś do swojego wnętrza. Są tam rzeczy, które mogą zranić nawet ciebie – ale tylko, jeśli im pozwolisz.
22 listopada 2015
Wschód słońca: 7:03
Zachód słońca: 15:48
Długość dnia: 8 godzin 45 minut
W następnym odcinku: maczyzm i męskość.
Świetna i mądra notka, czekam niecierpliwie na kolejne!
OdpowiedzUsuń